×
Tonopah, czyli o tym, dlaczego warto zaglądać pod poduszki gdy zapalisz światło.

Tonopah, czyli o tym, dlaczego warto zaglądać pod poduszki gdy zapalisz światło.

Późnym wieczorem dotarliśmy do Tonopah.
Po kilku godzinach jazdy, kiedy za oknem krajobraz niezmiennie majaczy oddalonymi skalistymi górami masz wrażenie, że miejsce, do którego właśnie dotarłeś - jakimś cudem wyrosło na tym pustkowiu. Z oddechem ulgi wnosisz swoje manele do parterowego motelu, zapalasz lampkę i "delektujesz się" miarowym buczeniem klimatyzacji. Klimatyzacje są tu wszędzie, podobnie jak maszyny do lodu i cienka kawa z wieczną dolewką...
Nasz spokój zburzył okrzyk młodego: łeeeeeeeeee, tu jakiś robak łazi!!!!!!!
Skulałam się z naszego wysokiego łoża, z myślą o tym jak to teraz trzeba będzie łapać byle muchę.
Ku mojemu zdumieniu okazało się, że to nie mucha tylko pluskwa. Łeeeeeeeee....
Nie jestem typem sterylnego czyściocha, zdarzało mi się sypiać w różnych miejscach i widzieć przeróżne scenerie przed zaśnięciem ;-) Wiem też, że pluskwy zdarzają się nawet w pięciogwiazdkowych hotelach, jednak do tej pory, czytałam o nich jedynie w książkach i to bardzo przygodowych. Młody zeskoczył z łóżka, a my kolejno podnosiliśmy poduszki jęcząc z obrzydzeniem, bo pluskiew było dużo więcej niż jedna. Szybko dokształciliśmy się jak po angielsku nazywa się pluskwa (bedbug, gdyby ktoś potrzebował wiedzieć), po czym Ł. zabrał kilka zduszonych w ręczniku papierowym i poleciał załatwiać nowy pokój w recepcji.

Świetnie! O 21:30, na jakimś ciemnym zadupiu w Nevadzie, dowiedzieliśmy się, że możemy:
1. Poszukać sobie innego motelu,
2. Spać w samochodzie,
3. Spędzić noc w towarzystwie pluskiew.

Bardzo atrakcyjnie :-) zważywszy na fakt, że w miasteczkach oddalonych od siebie o wieleset mil, na prawdę jest ogromne obłożenie hotelowe.
W kilka minut spakowaliśmy się do auta - ja nawet w piżamie - bo już dążyłam się umyć ;-) i wyruszyliśmy na poszukiwania jakiegokolwiek miejsca do spania - bez pluskiew rzecz jasna.
Mieliśmy szczęście tego wieczoru znajdując motel tylko trochę droższy od poprzedniego ale zdecydowanie bez dodatkowych współlokatorów. Spaliśmy bardzo niespokojnie i jedyne o czym myślałam, to to, że jutro stąd wyjeżdżamy.
Jednak słoneczny poranek przyniósł nam nowe, pogodniejsze myśli i zupełnie inny widok miasteczka.


Myli się ten, kto myśli, że drewniane domki, w których mieszczą się motele, saloony, sklepiki oraz fotele golibrodów, zobaczyć można tylko w dawnych westernach. Tonopah do miasteczko przepełnione cowboyami i obrazkami niczym z kolorowych filmów o Dzikim Zachodzie...



Nakarmieni resztkami meksykańskich bułek przywiezionych z Modesto, wyruszyliśmy w drogę przez stan Nevada...


Kiedy przemieszczasz się poprzez prerię, wielogodzinna podróż z monotonnym krajobrazem skłania cię do różnych przemyśleń... Wydaje mi się, że śmiało można tę podróż porównać do wędrowczej trasy na El Camino, podczas której ludzie zmagają się z samym sobą...



Preria, skaliste wzgórza, stukot kół.... i mały ty w tym jakże innym zakątku świata... Przywiązany do własnego kawałka podłogi, gromadzący sprzęty i pieniądze.... TU jest zupełnie inaczej. Pisząc TU, mam na myśli opustoszałe połacie traw wypalonych słońcem i małe miasteczka pojawiające się znienacka co kilkaset mil, a w nich domki, które u nas byłby jedynie garażem...


Krótka przerwa na pamiątkową fotografię, tuż przy zjeździe do słynnej strefy 51, której nie planowaliśmy odwiedzać ;-)


To Dziki Zachód - na prawdę słychać strzały o poranku, a tutaj nawet widać po nich ślady ;-)
I znów preria.... , setki kilometrów prerii...



Jednak po wielu godzinach skalistego pustkowia, naszym oczom ukazał się widok zaskakujący...


Rzekłabym nawet - magiczny...


 Czyżby śnieg?


Okazało się, że to przepiękna, solna pustynia... Nie na darmo Salt Lake City, do którego dojeżdżaliśmy - taką właśnie ma nazwę. Zanim pojawi się miasto nad ogromnym, słonym jeziorem, przez wiele kilometrów poprzedza je niezwykła, słona pustynia...



Pełna prawdziwie słonej soli, mieniących się w słońcu, solankowych jeziorek.... z bardzo orzeźwiającą solną bryzą....






Pełni doznań delikatnych i magicznych, prawdziwie zauroczeni tym miejscem, rzecz jasna ominęliśmy olbrzymie, najeżone wieżowcami Salt Lake City, docierając do celu naszej dzisiejszej podróży - Evanston w stanie Wyoming...


Po wejściu do motelu, oczywiście zapaliliśmy wszystkie światła i oglądaliśmy poduszki na naszych łóżkach ;-) Wykończeni wielogodzinną drogą, o zmierzchu wybraliśmy się na spacer, chłonąc zapachy usypiającego miasteczka. Zwabieni muzyką z pobliskiej knajpy, wstąpiliśmy na chwilę aby kolejny raz, skosztować lokalnej kuchni....
Kiedy tak siedzisz sobie na drewnianej ławie, sączysz chłodne piwko i smakujesz klasycznego korndoga (parówka otoczona kukurydzianym, pieczonym ciastem) - wieczór wydaje się zastygać w miejscu.... Na mini scenie wygrywają prawdziwe country, ludzie uśmiechają się do ciebie, a leniwie przechodzący właściciel za każdym razem pyta, czy jest ci tu dobrze... Nagle zaczynasz klaskać, śpiewać... i budzi się w tobie ta świadomość źródła wszystkich wielkich, popowych hitów... I już sam nie wiesz kiedy, razem z innymi skaczesz i tupiesz na drewnianej podłodze.... Bez wielkomiejskiego nadęcia i szyku, w wytartych jeansach i sandałach... Na dobranoc, właściciel przynosi nam pyszny, pierniczkowy deser w maleńkich szklaneczkach... Ot tak, po prostu, żeby sny w Wyoming były kolorowe...
Dziękuję za Waszą obecność oraz wszystkie przemiłe słowa!
Jutro wielki dzień, oby nie było chmur....

9
Copyright © 2016 My Sunny Place... , Blogger