×

Pekin

Cieszy mnie, że chcecie poczytać, bo i ja jestem zmobilizowana do prowadzenia jakichś notatek, które za pewne bardzo przydatne się okażą, gdy mi przyjdzie zamykać wspomnienia w albumy:)
Pekin, Pekin, Pekin... Miasto hałasu, chaosu i spalin. Miasto, w którym próżno szukać harmonii... Na każdym kroku stare kłóci się z nowym, a bieda dyskutuje z przepychem.



Z pomiędzy ekskluzywnych autokarów i czarnych limuzyn, wyskakują nagle tysiące "rowerosprzętów", bo niektóre z nich ciężko nazwać rowerami.

Na rowerze można przewieźć niemal wszystko...

Liczne, kolorowe "bramy" spotkać można dość często, aczkolwiek nigdy do końca nie wiadomo, do czego nas zaproszą... Czy do świątynnej dzielnicy?

Może do tajemniczej świątyni prowadzi?

Czy też do sklepu?

A może po prostu jest to ozdoba ulicy?

Nie ważne... Każda z nich jest przepięknie malowana.

Wszystko spowija gęsty, szarawy smog,

a klimatyzacja, która zmusiła nas do nałożenia kurtek podczas jazdy z lotniska do centrum - jest obecnie pożądanym rajem. Metro, dzięki któremu mamy szanse choć liznąć smaków kulturowych Pekinu, wydaje się błogą chwilą wytchnienia, dzięki skrzyneczkom dmuchającym zimnym powietrzem, aczkolwiek pod koniec dnia i tu robi się duszno. Tłumy, które przelewają się falami "ładują się" do metra nawet, gdy wydaje się, że nikt więcej się tam nie zmieści. Drzwi zamykają się w trakcie wsiadania, często tuż przed twarzą. Obowiązkowo przed wejściem prześwietlają ci torby, wszędzie są ruchome schody, nawet w linii prostej korytarza jest ruchoma taśma. Na początku przerażeni tłokiem, ładowaliśmy się na zwykłe schody, jednak zmęczenie upałem wymusza "leniwe przejażdżki" i popołudniami jest ci już obojętne o kogo się ocierasz. Wszystko się lepi..., a woda spływa po "rowie" na całego. Nie ma szans na nałożenie tej samej koszulki drugiego dnia i wcale nie dlatego, że jest przepocona - po prostu zbiera wszystkie zapachy ulicznego żarcia:) Zapachu potu raczej się nie spotyka, starsi mężczyźni czasem zalecą i tyle. Inna sprawa, że i my nie pocimy się tu tradycyjnym potem z pod paszki ale słoną wodą, bo pijemy litrami wodę, nie ganiając do kibelka prawie wcale. Kibelek - Pekin to miasto kibelków - na każdym kroku są toalety publiczne ful wypas i glanc pomada, aż mogliby u nas odmałpować. Pewnie dlatego, że w głębi hutongów [coś w stylu naszych bocznych uliczek]z kanalizacją cienko... Za to zupełnie nie jest cienko z jedzeniem wszelakim, aczkolwiek bywa ono zaskakujące - przynajmniej dla mnie. Lody na przykład - orzeźwiające - o smakach: groszku, kukurydzy... dziś udało mi się znaleźć śliwkowy, bo do tych warzywnych dopiero się przymierzam.

Niedaleko hotelu, w którym stacjonujemy [hotel to słowo trochę na wyrost, bardziej pasowałoby - pensjonat] mamy ulicę, którą przewodniki nazywają: "ulicą jedzenia", gdyż po obu jej stronach są jadłodajnie. pomiędzy nimi na chodnikach piętrzą się kubły z ruszającym się jedzeniem nie świadomie oczekującym na swoją kolej - raki, kraby i inne takie wąsate rarytasy. Zachęceni [czytaj: zagonieni] prze młodego Chińczyka - decydujemy się na rybę w stylu lokalnym. Po długich konwersacjach, głównie na migi, podchodzi do nas dziewuszka z siatką, w której jeszcze trzęsie się wielka ryba i z uśmiechem pyta, czy ta na wystarczy. Przerażeni, uciekamy w popłochu. Ryba miała chyba ze 3 kilo - i sześciu by się nią najadło ale nie mamy pewności, czy nie zaczną jej przyrządzać na naszych oczach. Skończyło się w innej knajpie przy zupie i ryżu z jajkami oraz szczypiorkiem ale w tle torturowali koguta, chyba na dania z drobiu był przeznaczony.

Oprócz zaskoczeń wszystko jest jak na filmach, setki czerwonych lampionów zawieszonych nad chodnikiem, muzyka z każdej strony, zapach, którego opisać się nie da, bo zmienia się co chwilę.

I choć pod koniec dnia ledwo włóczysz nogami, to napicie się cienkiego piwka [wcale nie gorzkie] i pogapienie się na kolorowy tłum, delikatnie odrywa z ciebie łuski zmęczenia i czujesz, że żyjesz...

Gdy piszę ten post, jest 23:27, a u Was dopiero popołudnie - to ci dopiero...

11 komentarzy:

  1. Rewelacja.
    Ależ ci zazdroszczę tej wyprawy...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale bomba !
    Pisz jak najwięcej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zbieraj zapachy, pakuj w woreczki...czekamy i pisz pisz pisz ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. NIESAMOWICIE,,,INNY ŚWIAT...ZUPEŁNIE INNY ŚWIAT!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. zapomniałam dodać ;) pisz dużo i często :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajnie, czekam na więcej. A propos kibelków, to nasza droga pisarka Joanna Chmielewska też zawsze rozpisuje się na temat kibelków różnokrajowych, i też marzy od wielu lat, aby Polacy trochę ponaśladowali chi chi chi. Mocno Cię ściska :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. :) Czekamy na dalsze relacje z pobytu :) Koniecznie spróbuj te lody warzywne, ciekawe jak smakują... :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. tez zazdroszcze podrozy do tego kraju:) pisz pisz, chociaz sobie o nim poczytam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Twoje relacje czytam jednym tchem! Koniecznie pisz jak najwiecej! Dzieki nim czuje jakbym tam byla...

    OdpowiedzUsuń

Miło mi jest, gdy zostawisz dobre słowo...

Copyright © 2016 My Sunny Place... , Blogger