Zapach

W Xi'an odnalazłam dużo więcej zapachów niż w Pekinie. Nozdrza co i róż podrażnia zapach imbiru, czosnku i sosu sojowego. Inna sprawa, że wychodząc z hotelu trafiamy na dość biedną dzielnicę, więc i zapachy są na zewnątrz i mocno intensywne, do tego stopnia, że czasem można się nieźle okichać:) Ta woń miesza się ze smrodkiem potu, ścieków, więc po godzinie wędrówki mam poczucie, że prysznic, który wzięłam w hotelowym pokoju, odbył się całe wieki temu, a skóra znów jest lepka i słona... Tradycyjnie już, wszędzie tłoczno

i pozornie "wielkomiejsko" ...

Każde ze starych chińskich miast, w tym i Xi"an, posiada dwie wieże, Wieżę Dzwonu oraz Wieżę Bębna. W dawny czasach, pomagały one odróżnić początek i koniec dnia - dzwon na dzień dobry, bęben na dobranoc. Zhonglou, czyli Wieża Dzwonu okazała się olbrzymią zabytkową budowlą, która "ot tak" wyrasta po środku głośnego, ruchliwego i nowoczesnego miasta.
Tradycyjnie wykonana bez użycia gwoździ [trzypoziomowy budynek], złocona, malowana - przepiękna.


A taki był z niej widok, he, he...

I jeszcze taki, żeby nie było, że tylko rozkopane miasto...

W oddali widać Wieżę Bębna.

Zoom w aparacie troszkę ją "przybliża"...

Okazyjnie załapaliśmy się na lokalny performance, czyli pokaz gry na tradycyjnych chińskich instrumentach, oraz pokaz śpiewu i tańca.


Cudowności normalnie, kobieta tańcząca z wachlarzami, wyglądała jakby płynęła niesiona muzyką, a muzyka... no "ciary" na plecach miałam normalnie ale ja wrażliwa jestem z natury:)

Gulou, czyli Wieżę Bębna odpuściliśmy sobie od środka, gdyż upał był już nie do zniesienia. Udaliśmy się za to wyciszać do lokalnego parku i podziwiać Wielką Pagodę Dzikiej Gęsi.

Majestatycznie wysoka, rozemglona...

Doskonała...

Ach te parki, wielkie ogrody chińskie, kryją w sobie nie tylko spokój i piękno.



Znajdziesz tu wiele zakamarków z szemrzącymi wodospadami, półokrągłe mostki, skalne ścieżki i zagajniki pełne bambusów...






Stado dzieciaków trenujących kung-fu...





Mnóstwo figur z brązu, zastygłych podczas codziennego życia w pobliżu świątyni...











Jest skwarnie, grubo ponad 30 stopni, więc decydujemy się na kolejną próbę z lokalnymi lodami - trafiam groszkowy z nadzieniem z czerwonej fasoli, Ł. - kukurydziany. Mój ląduje w kuble na śmieci, kukurydziany zjadamy ze smakiem - jest pyszny, pachnący kukurydzą i rzeczywiście orzeźwia.


Pagoda jest wysoka i smukła, raczej surowa, nie malowana ale dzięki wywijanym dachom, ta surowość wydaje się kształtna i harmonijna.







Budda jakich wielu w Chinach, z wyrazistym symbolem mocy na piersiach...


Lama, którego odważyliśmy się sfotografować dopiero, gdy nas minął...















Córa Orientu w pełnej krasie...

Wychodząc z parku, znów trafiamy na lokalny performance...



Nagrodą dla utrudzonych "łazikantów" jest jeszcze jeden performance- tym razem pokaz "tańczących fontann". Myślę sobie, taaaaa, jakieś kiczowate pokazy 2 rządków strzelającej wody... Znów porównuję, cholera, że niby taka światowa jestem i po tych fontannach, które kiedyś widziałam w Barcelonie, żaden pokaz mnie już nie zadowoli. A tu.... niespodzianka - jakieś 500 metrów [jak nie więcej] ruchomych strumieni, falujących w rytmie orientalnej chińskiej muzyki - miód dla oczu, miód dla uszu, miód dla duszy... Zero kiczu, za to cała siła wody zaklęta w tryskających kroplach.




Nasyceni pięknem powoli wracamy w kierunku dworca. Tuż pod dworcem skwapliwie korzystamy z lokalnego "baru" - Mr Lee i okazuje się, że można zjeść dużo, smacznie i za pół ceny - znaczy się - zaczynamy się aklimatyzować:) Aczkolwiek, jak patrzę, Chińczyków - to myślę, że odżywiają się całkiem przyzwoicie. Dużo jest tu warzyw, całe mnóstwo pachnących owoców, kuchnia jest rozgrzewająca dzięki przyprawom. Zdziwił mnie fakt, że tak dużo je się tu zwykłych zielonych ogórków i jajek. Jajka można kupić w każdej ulicznej jadłodajni. Obrane, lub nie, moczone w chłodnym sojowym sosie. Nie ma tu zupełnie kultury jedzenia "w biegu". Nawet jak jedzą te "dziwaczne" szaszłyczki na cienkich długaśnych patyczkach, to stoją w miejscu aż zjedzą:) Jeśli chodzi o sklepy, to tu już żywność mocno przetworzona, nie ma lodówek z tzw, nabiałem, nigdzie nie widziałam żółtego sera [tęsknię], mleko w kartonach, jogurty w plastikowych butlach, kiełbaski też w plastikowych woreczkach - wszystko na półkach. Powszechnie pita, przepyszna zielona herbata - jest dostępna butelkowo, w najróżniejszych wersjach, nawet jako napoje izotoniczne, kawę widziałam tylko raz, w dziale "delikatesowym". Inna sprawa, że ja, namiętna kawoszka - wypiłam tu kawę przy śniadaniu tylko raz, w Pekinie i czułam się fatalnie.
Ten post piszę już w Luoyang - kolejnym mieście, do którego dotarliśmy koleją dziś po południu.

Jakoś tak bardziej sprawdzali bagaże, bilety chyba ze trzy razy, przed wejściem do pociągu wymienili nam bilet na metalowy znaczek cały pełen chińskich krzaczków - dobrze, że zapamiętaliśmy numery naszych leżanek:) Pociąg był inny, tym razem bez przedziałów. Cały wagon podzielony na boksy z trzypiętrowymi łóżkami - czad.

Przez całą podróż było gwarno i hałaśliwie, dzieciaki wspinały się po łóżkowych pietrach jak małpki, Chińczycy jedli swoje chińskie żarcia. Wieczorem, trafiamy do hotelu, zdegustowani tym, jak nas "orżnął" taksiarz wiozący nas z dworca - tu było już ciemno, więc nie ryzykowaliśmy - długo i dookoła, z włączonym licznikiem oczywiście:) Ł. zauważywszy fakt, że coś długo jedziemy, powiedział do niego czystą polszczyzną - "coś nas gościu wywiozłeś za daleko, co?". Na pocieszenie zjadamy chińską zupkę - smakuje jak w Polsce:)

Dziękuję za wspaniałe komentarze i przepraszam, że czasem piszę bez ładu i składu ale wieczorem mam głowę tak pełną wrażeń, że ciężko mi je poukładać stylistycznie do kupy.
U mnie północ, na ulicy za oknem śpiewają chińskie pieśni, Ł. przegląda ofertę chińskiej telewizji - dobrych snów:)

8 komentarzy:

  1. Już nie mogę się doczekać kolejnej, zapierającej dech w piersiach relacji z wyprawy. Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja już od dwóch godzin walczę z kompem, aby przeczytać Twoją relację... Czuję się, jakbym podróżowała tam z Wami. Do poczytania jutro. Buziole :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. O rany, ledwo się doczekałam!
    Nic nie zmieniaj, pisz tak jak piszesz, notuj "na gorąco", tak jak czujesz. Ja czuję, że zwiedzam razem z Wami!

    OdpowiedzUsuń
  4. no cóż tu pisać...czekamy na kolejny opis :) Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj pięknie zazdroszczę i czekam na dalsze relacje. A na ogladanie zdjęć to chyba do Brydzi sie wybiorę ;D
    hiii te zapachy...

    OdpowiedzUsuń
  6. "Pożarłam" kolejny tekst( nawet zastanawiam się czy powinnam wstawiać ten cudzysłów).Mam dylemat: bądź długo czy wracaj szybko...?
    Pozdrawiam Cię cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  7. czekam z niecierpliwością, na kolejną opowieśc z bardzo daleka...

    OdpowiedzUsuń
  8. :)
    Anusia, wędruj, zwiedzaj i opisuj:)

    OdpowiedzUsuń

Miło mi jest, gdy zostawisz dobre słowo...

Copyright © 2016 My Sunny Place... , Blogger